Menu

Gruszki w Hrabstwie Pomarańczy

Nasze relacje i spostrzeżenia po przeprowadzce do Kalifornii

Dzień pełen wrażeń

mcpear

Przede wszystkim chcemy powiedzieć że w Kalifornii jest jeden licencjonowany kierowca więcej. Mama była dziś na egzaminie i na końcu testu zobaczyła upragniony ekran z napisem "Congratulations!". Jej egzamin to też osobna historia. Pewnie domyślacie się, że bardzo się przed nim denerwowała. Przede wszystkim przez to, że musiała go zdawać w języku angielskim, który nie jest jej mocną stroną (jeszcze). Okazało, że termin miała wyznaczony w czasie odbioru starszych dzieci ze szkoły, tak więc do urzędu (DMV) musiała udać się sama. Udało się jej wszystko załatwić, a dodatkowo dowiedziała się, że może podejść do testu w języku polskim (to też niebywałe, że na końcu świata w okręgowym biurze San Clemente mają wydrukowane testy w języku polskim - ciekawe czy w Polsce można by zdawać prawo jazdy po angielsku, nie mówiąc o językach bardziej egzotycznych jak nigeryjski czy marokański?? - przyjazność urzędów dla podatników jest jednak na innym poziomie w USA). Mama jednak postanowiła pójść na całość i zdawać egzamin w języku angielskim. Także można powiedzieć, że zdała dziś dwa egzaminy. Wszyscy jesteśmy z niej bardzo dumni. Mama jest jednak w czepku urodzona bo Pani wypisująca dokumenty potraktowała polskie prawo jazdy tak jakby to było z innego stanu amerykańskiego i odkryła to dopiero po zdanym teście, kiedy nie można już było tego skorygować ( "przecież nie będzie zdawać drugi raz" - tak powiedzieli). Skutkiem tego błędu jest to, że nie musi już zdawać części praktycznej - po prostu siedzi i grzecznie czeka aż pocztą przyjdzie do niej wymarzony dokument. Tata niestety nie miał tak dobrze i w środę idzie na część praktyczną.

Druga nowina jest równie dla nas ważna i wiąże się z naszym nowym domem, którego nadal nie mamy. Już dawno temu wysłaliśmy Wam zdjęcia prawdopodobnego naszego lokum, na który mieliśmy podpisaną umowę przedwstepną.Na nasze szczęście w Ameryce zakup domu jest bardzo sformalizowanym procesem. Po podpisaniu umowy przedwstępnej i wpłaceniu na konto Escrow zaliczki kupujący ma obowiązek przeprowadzenia w ciągu 17 dni wszelkich inspekcji sprawdzających stan techniczny domu. Te usługi są opłacane przez kupującego. W wyniku tych inspekcji można bezkarnie jeszcze zerwać umowę przedwstępną przez stronę kupującą. W naszym przypadku w wyniku tych inspekcji okazało się, że dom wcale nie jest taki piękny na jaki wyglądał, a sprzedający po pierwsze nie poinformował nas o wielu defektach (do czego był zobowiązany), po drugie nie poczuwał się do naprawienia wykrytych zamaskowanych usterek ani do obniżenia ceny. W związku z tym podziękowaliśmy mu i tydzień temu zaczęliśmy szukać od początku. Jedną licytację na bardzo atrakcyjny dom przegraliśmy, a dziś udało się nam złożyć ofertę, która został przyjęta przez sprzedającego. Tak więc mamy nową umowę przedwstępną i od jutra znowu zaczynamy inspekcje - mamy nadzieję, że ich wynik tym razem dla nas będzie pozytywny. Szczęśliwie się złożyło, że dom znaleźliśmy w San Clemente - mieście, które wybraliśmy początkowo i które nam się najbardziej podoba. Dom niestety nie ma basenu (jeszcze - bo jest na niego miejsce). Jedynym minusem tej całej sytuacji jest to, że dzieci będą musiały zmienić szkołę, ale jak mówi Babcia Ewa niech w San Clemente też wiedzą że w Polsce mamy uzdolnioną młodzież, bo w Aliso Viejo i Laguna Niguel już wiedzą.

Na koniec Ania chciała podzielić się nowym doświadczeniem z lekcji angielskiego, podczaj której uczniowie mieli pisać eseje. Ania grzecznie wyłożyła kartkę i długopis, po czym usłyszała: "Weźcie z szafy swoje laptopy". Okazało się że w szafie jest ponad 30 małych laptopów a wypracowania należy pisać W Google Drive - tak więc zachowane są w internecie i w domu na swoim laptopie może pisać dalej. Niesamowite a jak proste.

Pozdrawiamy

 

Świętowanie dnia pełnego wrażeń w restauracji japońskiej - Ani oczy są już mocno skośne od tego sushi

 

Mamy nadzieję, że teraz to już ten domek

Pierwszy tydzień w Aliso Niguel High School

mcpear

Dzisiaj ze względu na temat autorami bloga są Ania i Tomek.

Amerykańskie liceum różni się bardzo od szkoły w rozumieniu polskim. Jest to olbrzymi kompleks, w którym uczy się 3000 uczniów. Nauka trwa 4 lata. Teren szkoły jest olbrzymi. Sale znajdują się tylko na jednym poziomie i rozmieszczone są w 10 budynkach. Do tego dochodzi budynek administracyjny, biblioteka oraz część sportowa, która zajmuje ponad połowę obszaru szkoły. Do części sportowej zaliczają się dwie sale gimnastyczne, 10 kortów tenisowych, olimpijski basen pływacki, bieżnia lekkoatletyczna, boiska do basebola, piłki nożnej i futbolu amerykańskiego. Mapka, którą dostaliśmy na początku bardzo się przydała. Inny niż w Polsce jest sposób organizacji nauki. Każdy wybiera sobie na semestr 6 przedmiotów. Większość jest obowiązkowa do przerobiania w trakcie trwania liceum i sugerowana do przerobienia na odpowiednim roku. Początkowo Ania dostała WF, Geografię, którą wymieniła na Chemię, dwie lekcje angielskiego dla obcokrajowców, Algebrę,  Planowanie Kariery. Tomek przez najbliższy semestr miał studiować: Biologię, Historię XX wieku, 2 razy angielski dla obcokrajowców, Geometrię i Planowanie Kariery. W środę pisaliśmy testy sprawdzające naszą znajomość angielskiego, co spowodowało w piątek wydalenie nas z kursu angielskiego dla obcokrajowców  i przeniesienie na regularny kurs angielskiego w wymiarze jednej lekcji. Przez to pojawiła się dodatkowa wolna godzina, która zastąpiły tzw. "fikołki". Ania będzie się uczyłą śpiewu, a Tomek dowie się więcej o zdrowiu. Magiczna nazwa 'Planowanie Kariery" to tak naprawdę połączenie podstaw przedsiębiorczości i informatyki. Uczymy się: pisania na komputerze z zasłoniętą klawiaturą, rozwiązujemy testy, które mają pomóc w wyborze zawodu, uczymy się organizacji czasu i miejsca pracy.

Zajęcia trwają od 8:00 do 2:45. W środku są przerwy, w tym jedna dłuższa 45-minutowa na lunch. Dodatkowo w planie jest jedno zajęcie w czasie którego należy odrabiać lekcję, uczyć się do testów lub konsultować się z nauczycielem. Plan lekcji też jest dosyć ciekawy. W poniedziałek wszyscy mają przedmioty z listy w kolejności 1-6. We wtorki i czwartki tylko lekcje parzyste w podwójnym wymiarze czasu, a w środy i piątki lekcje nieparzyste. Tak więc każdy przedmiot studiuje się 5 godzin w tygodniu. Co pozwala przyswoić w czasie smestru materiał danego przedmiotu na całkiem przyzwoitym poziomie. Tutaj chcemy obalić mit niewyedukowanych Amerykanów. Każdy przedmiot rzeczywiście zaczyna się od banałów, ale treści szybko przybywa i w ciągu roku przerabia się w zasadzie cały materiał naszego liceum, a w niektórych przypadkach nawet więcej - np. Drugi rok Algebry wydaje się nam przerabia materiał ze studiów.

Książki do nauki dostaliśmy ze szkolnej biblioteki. Korzystamy z nich tylko w domu, bo w każdej sali przedmiotowej leży odpowiedni zestaw do odbywających się tam zajęć. Zeszytów też nie mamy - co bardzo podoba się Tomkowi - na każdej lekcji dostajemy karty pracy, które wpinamy do segregatora.

Mamy pierwszych znajomych. Szkoła jest sympatyczna. Ludzie są niesamowicie otwarci i bardzo przychylni.

A teraz Mama i Tatą dodają:

Jesteśmy dumni z naszych mądrych dzieci, które zdążyły już zabłysnąć. Jesteśmy pełni podziwu dla wyniku testu z angielskiego. Spodziewaliśmy się że będą szlifować angielski przynajmniej pół roku zanim zasiądą w ławkach z Amerykaninami, a oni już po tygodniu będą amerykańską literaturę i tworzyć eseje i inne wypracowania. :) Tomka Pani wyrzuciła z Geometrii bo za dużo wiedział. Jednak okazało się,  że musi ją tak czy tak zaliczyć - więc na nią wrócił. Tomek jak wszedł na jedną lekcję zaawansowanej Algebry to został przywitany przez jednego chłopaka: "I heard about You - You are smart" (Słyszałem o Tobie - jesteś bystrzak).  Ania wygrała na Algebrze konkurs dla swojej grupy i dostała przydomek "Bolty Anna" - ze względu na szybkość wykonywanych poprawnych obliczeń. Słówko "Bolty" można przetłumaczyć jako "Błyskawiczna". Wydaje się, że aklimatyzacja powoli dobiega końca - zaskakująco szybko.

 

Z kompletem podręczników na rozpoczynający się semestr

 

Stołówka pod chmurką - zdjęcię zrobione przed rozpoczęciem semestru

 

2:45pm Dzieci wesoło wybiegły ze szkoły - hej hej na na na

 

Plan szkoły (bez boisk i parkingów)

Amerykańska Służba Zdrowia

mcpear

Środa 28.01

Przy zapisywaniu Ani i Tomka do szkoły, okazało się, że według amerykańskich wymogów brakuje im jednego szczepienia (DTaP booster). W ubezpieczalni dostaliśmy numer telefonu, pod który zadzwoniliśmy, aby umówić się na wizytę. Pojechaliśmy na nią dziś rano. Przychodnia składała się z trzech kilkupiętrowych budynków. Można w nich znaleźć chyba wszystkich specjalistów, również gabinety stomatologiczne. Najdziwniejsze jest to, że wszystkie korytarze i hole świeciły pustkami, nie było żadnych kolejek. Mieliśmy się stawić w pokoju 204, po czym się okazało, że ten „pokój” to mini przychodnia dziecięca – rejestracja, poczekalnia, pokoje pielęgniarek, pokoje szczepień i badań. Na dzień dobry Ania i Tomek dostali papierowe fartuchy, w które mieli się przebrać, przygotowując się do badania przed szczepieniem. Wywołało to pewien niepokój, gdyż nie wiedzieliśmy po co tyle zachodu. Spanikowana Ania poczuła się jak przed operacją. Jednak okazało się, że tu lekarze badają właśnie przez takie odzienie. Pacjent się nie rozbiera. Ania zapytała również o możliwość zaszczepienia się na wirus HPV. Pielęgniarka powiedziała, że nie ma żadnego problemu i podała jej również drugą szczepionkę. Koszt wszystkich badań i szczepień pokryło nasze ubezpieczenie. A propos samych szczepień: są to jednosekundowe wkucia w skórę i po krzyku. Lekarz stwierdził, że to „very short shots”. Pobrano im też krew a wynik poziomu hemoglobiny wyświetlił się w komputerze niemal natychmiast. Przy okazji doktor polecił dzieciom maść dermatologiczną. Receptę wysłał mailem do apteki, znajdującej na parterze budynku. W aptece podaliśmy jedynie swoje nazwisko i dostaliśmy za drobną opłatą (20$) dwa antybiotyki.

Po wizycie u lekarza odwiedziliśmy jeszcze centrum handlowe i restaurację. Popołudnie spędziliśmy na plaży. Jak widać, świetnie sobie radzimy w czwórkę (bez taty tłumacza) :)

 

Ania przed "operacją". Mina mówi sama za siebie. „Nie wygląda to dobrze…”



 

 



Ford dla mamy

mcpear

Wtorek 27.01

Dzisiaj pojechaliśmy do salonu, aby odebrać mamy samochód – Forda Escape. Zgodnie z życzeniem Zosi jest on srebrny. Mimo że jest mniejszy od Dodga taty, z pewnością wystarczy, aby mógł spełniać funkcję szkolnej taksówki, a z uwagi na duży bagażnik również można się nim wybrać na całkiem duże zakupy.

Amerykanie są bardzo otwarci i życzliwi. Doświadczamy tego na każdym kroku. Po powrocie do hotelu, menadżer przyszedł zobaczyć nowy nabytek. Przyniósł mamie czekoladowe batoniki. Mówił, że w Ameryce jest taki zwyczaj, że właściciel nowego samochodu jest obdarowywany łakociami. Siedząc w salonie samochodowym czekając na odbiór Forda, rozmawialiśmy z pewną panią, która, jak się okazało, mieszka w sąsiedniej miejscowości do Laguna Niguel. Dowiedziawszy się, że jesteśmy tu od niedawna i nie znamy prawie nikogo, zostawiła nam swoją wizytówkę z numerem telefonu, na wszelki wypadek, gdybyśmy potrzebowali jakiejś pomocy lub informacji. Również w sklepie jedna z kasjerek miło z nami gawędząc, zaoferowała nam różnego rodzaju bony rabatowe. Następnego dnia, kiedy przechodziliśmy obok jej kasy, pomachała do nas z uśmiechem, pozdrawiając nas jak starych znajomych. Ta ich życzliwość i otwarcie cały czas nas zaskakuje.

Wieczorem tata wyleciał do San Francisco i zostawił nas na dwa dni samych.

 

Pierwsze odpalenie silnika

 

 

Jak wam się podoba

Weekend w obiektywie

mcpear

Uwaga fala - uciekajmy!

 

Kto mnie tak urządził?

 

Patrzenie na falujący ocean uspokaja nawet Zosię

 

Wysokie fale przyciągają surferów nawet zimą

 

Zosia oglądała Piotrusia Pana - teraz przygotowuje się do latania

 

Wiarę i zaufanie już ma - brakuje tylko magiccznego pyłu

 

W niedzielę po zachodzie słońca niebo zapłonęło

© Gruszki w Hrabstwie Pomarańczy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci