Menu

Gruszki w Hrabstwie Pomarańczy

Nasze relacje i spostrzeżenia po przeprowadzce do Kalifornii

Wielkanoc w Kalifornii

mcpear

W Ameryce Święta Wielkanocne przemijają szybko i w zasadzie niezauważenie. Jest to pewnie spowodowane tym, że nie stanowią one tu dnia wolnego od pracy. Zarówno w Wielki Piątek jak i poniedziałek wielkanocny wszyscy normalnie pracują. Znane polskie wielkanocne zwyczaje nie mają tu zastosowania. Na przykład liturgia wielkopiątkowa odbywa się tu o 12tej w południe, co powoduje, że uczestniczą w niej jedynie emeryci i uczniowie szkół katolickich. Nie ma zwyczaju budowy ciemnicy ani grobu Pańskiego. Nie święci się w Wielką Sobotę pokarmów, nie ma adoracji Najświętszego Sakramantu, a w niedzielę Wielkanocną nie ma tradycjnej procesji rezurekcyjnej. Kulminacyjnym punktem obchodów jest podobnie jak w Polsce liturgia Wielkiej Soboty. Centralnym jej punktem jest przyjmowanie do wspólnoty parafialnej nowych członków - chrzest dorosłych, który w Polsce jest ewenementem. Obrzęd chrztu nie jest symbolicznym zmoczeniem głowy wodą z dzbanuszka ale rzeczywistym trzykrotnym oblaniem (zarówno niemowlaków jak i dorosłych) wodą święconą. Namaszczenie świętymi olejami też nie odbywa się poprzez zrobienie znaku krzyża na czole, ale poprzez prawdziwe namaszczenie olejami całej głowy. W czasie tej liturgi nowo ochrzczeni otrzymują również sakrament bierzmowania (udzielany przez miejscowego proboszcza - przyjazd biskupa nie jest tu konieczny). Liturgia sobotnia zrobiła na nas ogromne wrażenie żywego i pełnego radości i miłości Kościoła.

Podstawową dzieciecą zabawą Wielkanocną jest "polowanie na jajka". Rodzice kupują dziesiątki pustych plastikowych i kolorowych jajek, które napełniają specjalnymi edycjami cukierków. Te jajka ukrywa się w przydomowych ogródkach, a dzieci biegają rano z koszyczkiem aby wszystkie wyzbierać. Oprócz tego odbywają się festyny organizowane przez miasta, osiedla a nawet parafie (również katolickie) gdzie polowanie na jajka jest główną atrakcją. Widzieliśy na przykład pole baseball'a pokryte tysiącami kolorowych jajek przygotowane na polujące dzieciaki - w sumie fajna zabawa.

Przygotowanie polskiej Wielkanocy tutaj to nie lada wyczyn. Trzeba się tu było nie lada nagimnastykować. Część potrzebnych nam produktów takie jak chrzan znaleźliśmy na półkach w dziale z egzotyczną żywnością. A twaróg na sernik musieliśmy zastąpić serkiem Philadelphia (sernik wyszedł bardzo dobry - zainteresowanym podajemy link do przepisu http://durszlak.pl/przepis/sernik-philadelphia-na-kruchym-spodzie?c=tag&t=sernik-z-philadelphia ). Białej kiełbasy niestety nie udało się znaleźć. Znaleziona "Polska kielbasa" bradziej przypominała "śląską". Dobrze, że w te święta najważniejsze są jajka, a tego było tu pod dostatkiem.

Oczywiście nikt nie zna tutaj śmingusa dyngusa, choć pogoda jest sprzyjająca. Zosia postanowiła tę tradycję podtrzymać.

Starsze dzieci i mama (nie wiemy czy pisaliśmy - mama też chodzi do szkoły językowej) mają w tym tygodniu wiosenną śródsemestralną przerwę. Zosia i Tata to jedyni pracujący.

Pozdrawiamy

 

Polowanie na jajka

 

 

Do zbierania była tylko Zosia a do jedzenia wszyscy

 

Dyngus

 

Polska kielbasa

 

Filmy z liturgii Chrztu dorosłych - to serio było w Kościele Katolickim :)

 

Pierwszy występ Ani na dużej scenie

mcpear

Jak wcześniej pisaliśmy Ania w ramach zajęć artystycznych ma w planie lekcję chóru. Okazało się, że zajęcia są bardzo profesjonalnie prowadzone. Takich chórów w szkole jest 5. Każdy o nieco innym poziomie zaawansowania. W tym tygodniu Ani chór uczestniczył w konkursie chórów południowej Kalifornii. Na występy te szkoła wyposażyła ich w specjalne stroje. Oprócz tego konkursu w szkole odbył się koncert szkolnych chórów. Wszystko przygotowane nadzwyczaj profesjonalnie. Poszliśmy na ten koncert całą rodziną i spędziliśmy tam miło prawie dwie godziny. Mogliśmy podziwiać wszystkie szkolne chóry, które zaprezentowały po 4 utwory w dwóch sesjach. W pierwszej prezentowali muzykę sakralną, a w drugiej trochę lżejszą gatunkowo. Jesteśmy pełni podziwu przede wszystkim dlatego, że członkowie chóru to pełni amatorzy, którzy śpiewaniem w chórze zajmują się w ramach obowiązkowego przedmiotu szkolnego, na który uczęszczają od września. Każdy z tych chórów był ubrany w inne odświętne stroje. Oczekujemy następnego koncertu w czerwcu - jak się dowiedzieliśmy będzie to już tylko muzyka rozrywkowa. Pod zdjęciami dołączamy dwa filmy dla wszystkich miłośników muzyki chóralnej.

Z okazji nadchodzących świąt wszystkim, którzy śledzą nas na blogu życzymy Wesołego Alleluja, błogosławieństwa Bożego, cudownych chwil spędzonych z najbliższymi i radości budzącej do życia.

 

Nasza gwiazda przed występem

 

Chór w całej okazałości

 

Czekając na aplauz

 

 

San Clemente 92673

mcpear

Długo się nie odzywaliśmy, ale obiecujemy wszystko nadrobić. Jak to niektórzy się dopominali znow zaczniemy zeznawać

W piątek 13 marca dostaliśmy klucze do naszego nowego domu. Trochę mieliśmy biegania związanego z zakupami rzeczy niezbędnych do funkcjonowania w domu (łóżka, pościele, ręczniki, naczynia, środki czystości ... itp.) Trochę się tego nazbierało, a lista potrzebnych drobiazgów stale rosła. Także w pierwszy weekend po przeprowadzce mieliśmy co robić. Pożegnanie w hotelu było bardzo ciepłe. Dostaliśmy od managera upominkowe prezenty i szampana na dobry początek w nowym domu. Opuszczając nasz hotel wszyscy uroniliśy łezkę, bo prawdę mówiąc bardzo dobrze nam tam było. W pierwszy domowy poniedziałek przywieźli nam nasze meble, które wysłaliśmy statkiem z Polski jeszcze przed świętami (płynęły 8 tygodni, potem utknęły na odprawie celnej,  tydzień były w magazynie). Generalnie jesteśmy już urządzeni. Po dwóch i pół miesiącach mieszkania w hotelu, każdy z radością osiadł w swoim pokoju, ze swoimi "skarbami". Najbardziej oczywiście cieszy się Zosia, która tych skarbów ma najwięcej (spakowała na statek wszystkie swoje zabawki i książki). Teraz brakuje jej czasu, żeby ze wszystkim się "przywitać". Nasze osiedle jest bardzo rozległe, ale za to do naszego użytku mamy 4 kompleksy basenowo - sportowe (korty, boiska do koszykówki, pełnowymiarowe boisko do soccera czyli po naszemu do nogi). Oczywiście Zosia już zdążyła wszystkie baseny pozaliczać. Przez te wszystkie atrakcje ciągle brakuje nam czasu i doba jest za krótka (a przecież jeszcze trzeba od czasu do czasu odwiedzić plażę). Pogoda też trochę przeszkadza w codziennych obowiązkach bo tutaj lato jest w pełni. Temperatura waha się w przedziale 25-30 stopni - czujemy się ciągle jak na wakacjach tylko ta szkoła i praca przeszkadzają. Powitanie na osiedlu było iście filmowe. W ciągu pierwszych dwóch godzin poznaliśmy chyba z 4-5 sąsiedzkich małżeństw, nie obyło się też bez powitalnych ciasteczek i wymiany telefonów. Mama była już na małym górskim spacerze z sąsiadkami. Cieszymy się z własnej kuchni - mieliśmy już dosyć jadania w  restauracjach, mimo że niektórzy skomentowali to jako luksus, nam ten luksus się nieco sprzykrzył i bardzo chętnie przerzuciliśmy się na polskie naleśniki i włoskie makarony przyrządzane przez mamę. Tata po 4 dniach pobytu w nowym domu poleciał do Europy i zostawił nas samych. Co niektórzy mieli okazję się z nim spotkać w miniony weekend w Poznaniu. Wrócił z katarem i stwierdził, że w Europie nadeszła jakaś epoka lodowcowa i jest bardzo zimno.

Tomek udziela się w szkolnym (i nie tylko) towarzystwie i w każdy piątek (czasami w sobotę) wieczorami po zachodzie słońca spotyka się w nowym gronie znajomych przy ognisku na plaży. Mieszkając w hotelu widzieliśmy ustawione  na plaży betonowe kręgi i czasami widzieliśmy tam przesiadującą przy palącym się ognisku głównie młodzież - jest to bardzo popularny tutaj spędzenia wieczru weekendowego. Ania też znalazła kilka dziewczyn co do San Clemente przyjechały z poza Ameryki i stanowią one dla niej "ekipę".

Dziś świętujemy Niedzielę Palmową. Wielu z Was pytało się czy w Ameryce święci się palmy. Ciekawskim odpowiadamy, że niestety nie mają tutaj naszych  wierzbowych bazi ("kotków") tylko (wręczane na wejściu do kościoła) liście prawdziwej palmy :) czyli w Kalifornii dzisiejsza niedziela jest rzeczywiście Palmowa a nie Wierzbowa. Z tego co się zorientowaliśmy w sobotę na pewno nie będzie święconki a w poniedziałek wszyscy idą do pracy i nie spodziwamy się powszechnego dyngusa. Liturgia Wielkiego Piątku jest tutaj o godzinie 12 w południe, w Wielką Sobotę podobnie jak u nas o 20tej. Spowiedź Wielkanocna jest tutaj też niebywałym wydarzeniem. Specjalnie ją dziś zapowiedziano dla parafian rezerwując dla całej parafii aż godzinę rano we wtorek i drugą po południu. Dziś jak we wszystkich kościołach czytano tu pasję podobnie jak w Polsce z podziałem na role, tyle tylko że kwestię tłumu odczytywali wszyscy parafianie (z ogólno dostpnych mszalików) - bardzo fajny pomysł. Poza tym w angielskim tłumaczeniu Biblii Pan Jezus umierał pomiędzy południem a godziną trzecią (a nie jak w Polsce między 6tą a 9tą) - stąd w Wielki Piątek liturgia o godzinie 12tej. Wielkonoc nie jest świętowana tutaj tak jak Boże Narodzenie. Mimo, że pólki sklepowe uginają się od jajeczek i króliczków i chrześcijaństwo (głównie protestanckie) jest tutaj bardzo powszechne to tata w Wielki Piątek i Wielkanocny Poniedziałek idzie do pracy.

Dzisiaj Tata spełnił jedno ze swoich marzeń z dzieciństwa i zakupił oryginalną piłkę do koszykówki Spaldinga używaną w NBA. Wieczorem razem ją wspólnie i rodzinnie wypróbowaliśy na osiedlowym boisku. Teraz Zosia już śpi, Tomek o 22giej zabrał się za robienie lekcji, Ania we własnej sypialni czyta Szekspira w oryginale a my siedzimy przy ognisku (prawdziwe, gazowe, zasypane lawą, zapalane zapalniczką) na naszym backyardzie i spijając kalifornijskie wino składamy zeznania.

Pozdrawiamy wszystkich ciepło i serdecznie. Zapraszamy na parapetówę w dowolnie wybranym czasie - tu cały rok jest lato.

Pozdrawiamy

 

Nasza ulica Via Destino - czujemy się jak w filmie Beverly Hills 90210 - stąd tytuł dzisiejszego wpisu

 

Pierwsza śniadaniowa jajecznica w nowej kuchni

 

Zosia ze swoimi skarbami

 

Osiedlowe baseny

 

Na tarasie - trochę inna roślinność niż na Skałkowskiego

 

Na plaży coraz gęściej

 

Prezbiterium z widokiem na ocean

 

Domowe ognisko z obowiązkowymi piankami mashmellows

Zosia przedszkolak i Tomek prawie kierowca

mcpear

Największą zmianą jaka zaszła u nas w tym tygodniu jest fakt, że Zosia regularnie uczęszcza do przedszkola. Ku naszemu zdziwieniu entuzjazm przedszkolny nie minął w poniedziałek. Właściwie pierwsze drobne załamanie nastąpiło dopiero w piątek, kiedy przypomniała sobie, że bez mamy jest jej smutno. Ale rozpacz nie trwała długo. Zabawa z dziećmi jest dobrym lekarstwem. Dzieci ją generalnie bardzo dobrze przyjęły. Chętnie wciągają ją w swoje zabawy, a Zosia z radością codziennie opowiada jak dzisiaj broiły z dziewczynami. Ma też jedną przyjaciółkę, z którą praktycznie się w przedszkolu nie rozstaje. Niestety ciągle bariera języka jest poważna, ale miejmy nadzieję że z czasem i ona minie i Zosia się otworzy. Generalnie nie ma problemów ze zrozumieniem poleceń i prostych komunikatów wypowiedzianych przez dzieci, ale do pełnej komunikacji jeszcze droga daleka. My cieszymy się, że chce chodzić do przedszkola i bawić się z dziećmi. Mogło to wyglądać dużo gorzej. Z tego co dostrzegliśmy przedszkola są dużo gorzej zorganizowane niż nasze w Polsce. Wybrane przez nas przedszkole ma bardzo dobre recenzje, ale w bardzo daleko mu do tego co Zosia uczęszczała w Poznaniu. Mamy tu na myśli warunki lokalowe, wyposażenie, jedzenie i oferowane zajęcia.

Jak pisaliśmy ostatnieoTomek z Anią od poniedziałku chodzą do szkoły w San Clemente. Tomek jest zadowolony w 100%. Udało mu się zamienić przedmiot Zdrowie na naukę języka japońskiego. Wskoczył od razu na trzeci semestr i raczej jest liderem w grupie. Wszyscy go podziwiają, że potrafi się wypowiedzieć po japońsku, gdyż pozostali uczniowie z reguły tylko czytają i piszą. Ania miała pecha jeśli chodzi o nauczyciela języka angielskiego. Okazał się on wielkim miłośnikiem i fanem poezji - przez 4 dni Ania non-stop pisała wiersze. Chociaż marudziła i wyzywała to zebrała za nie same A+ (po naszemu szóstki). Poza tym Ani trudno się było z nim dogadać. Był mało przyjazny i trudny w komunikacji. Przez co postanowiła zmienić nauczyciela. Od poniedziałku angielski będzie miała z kimś innym. Mamy nadzieję, że nie wpadła z deszczu pod rynnę. Pozostałe przedmioty i nauczyciele OK. Na WF będzie miała teraz zajęcia z podstaw tenisa (w końcu szkoła ma kilkanaście wląsnych kortów). Ogólnie szkoła i panująca w niej atmosfera im się podoba.

W tym tygodniu Tata miał pierwszy poważny wyjazd (nie do San Francisco). Trzy dni marznął w Kansas City - dobrze, że z Polski wziął zimowy płaszcz, czapkę i rękaiczki. W Denver zaskoczyła go śnieżyca - mógł sobie przez szybę lotniska zobaczyć jak wygląda duży śnieg. Z San Clemente do Kansas City to tak jak z Madrytu do Moskwy - to duży kraj jednak.

Na koniec jeszcze jeden news. Szykuje się nam trzeci kierowca w rodzinie (a propos Tata swój egzamin praktyczny zdał - nie napisaliśmy o tym). Tomek dzisiaj zdał egzamin teoretyczny. W przypadku osób niepełnoletnich procedura uzyskania prawa jazdy jest dużo bardziej złożona. Najpierw trzeba uczestniczyć w kursie teoretycznym. Mozna to zrobić stacjonarnie lub internetowo - Tomek wybrał internet. Kurs kończy się egzaminem wewnętrznym, który pozwala przystąpić do państwowego egzaminu teoretycznego. Zdanie tego egzaminu powoduje wydanie dokumentu o nazwie "Driving Permit" (Pozwolenie na kierowanie autem). Ten dokument tak naprawdę pozwala dopiero wykupić jazdy w szkole jazdy. Jazd obowiązkowych są 3. Każda z nich jest dwugodzinna. Po pierwszej z jazd instruktor podpisuje "Driving Permit" co pozwala młodocianemu kierowcy prowadzić samochód pod opieką dorosłego (rodzica). Po zakończeniu jazd obowiązkowych uzyskuje sę zezwolenie na podejście do egzaminu praktycznego. Ale nie można do niego wcześniej przystąpić niż po pół roku. To pół roku to czas na jazdę pod opieką rodziców. Kandydat na kierowcę musi w tym czasie wyjeździć 50 godzin jazdy, z tego 10 nocą co poświadcza rodzic. Dopiero po takim procesie i po zdanym egzaminie praktycznym nieletni uzyskuje prawo jazdy w Kalifornii. Tomek dziś odebrał dokument "Driving Permit" - pierwsza jego jazda będzie 20 marca - tata przezornie zaplanował w tym czasie wyjazd do Europy.

 

Pierwszy dzień w przedszkolu

 

Zosia i jej przyjaciółka Rayah

 

PS. Ania i Tomek wstydzą się zrobić zdjęcie w szkole - więc sorry

W Amerykańskiej szkole

mcpear

Po trzech tygodniach pilnej nauki w Amerykańskiej szkole możemy z pewnością powiedzieć, że tutejszy system nauczania jest lepszy i mniej stresujący niż ten, który znamy z Polski. Poniżej opiszemy kilka zaobserwowanych faktów.

W planie lekcji jest jedna godzina nazwana "Tutorial", czyli tzw korepetycje. Jest to czas dla uczniów, którzy mogą w ramach tej godziny przeprowadzić dodatkowe konsultacje, odrobić zadania, przygotować się do testu. Przykładowo Ania pisała test biegłości języka angielskiego w czasie lekcji chemii. Podczas tej lekcji przeprowadzano doświadczenie, z którym było związane zadanie domowe. Ania podczas tutoriala poprosiła o pomoc w odrobieniu zadania, na co nauczycielka przeprowadziła dla Ani cały eksperyment jeszcze raz w trybie prywatnej lekcji.

Tutorial charakteryzuje się też ciekawą oprawą. Na początku lekcji odbywa się tzw przysięga flagi. Wszycy wstają i zwracają się ku amrykańskiej fladze i z ręku na sercu składają patriotyczną deklarację wierności jednemu narodowi, jednej fladze i jednemu Bogu. Wbrew pozorom nikogo to nie śmieszy i nie bawi. Wszyscy traktują to bardzo poważnie. To taki praktyczny patriotyzm.

Na uwagę zasługuje też sposób przerabiania szkolnych lektur. Lekcja jak pamiętamy jest dłuższa (trwa 100 minut). Przez pierwsze poł godziny nauczycielka czyta i omawia rozdział lektury. Potem każdy uczeń dostaje karty pracy związane z omawianym fragmentem - uzupełnienie tej karty stanowi zadanie domowe. Pozostały czas lekcji poświęcony jest dyskusji i ewentualnie napisaniu eseju. Proste, łatwe i przyjemne.

Celem lekcji języka angielskiego jest w USA przede wszystkim rozwijanie umiejętności posługiwania się tym językiem. Co to oznacza w praktyce? Co tydzień nauczyciel rozdaje listę 15-20 słów, których na codzień nie używa się w mowie potocznej. Zadaniem uczniów jest opanowanie ich znaczenia, pisowni i użycia kontekstowego. Z tego co tydzień jest robiona kartkówka, która w Ameryce nazywa się Quizem

Wszystkie lekcje odbywają się w taki sposób, że wręczane są karty pracy, które po przedsykutowaniu tematu należy uzupełnić. I to nam się bardzo podoba. Ciągle nie wiemy też jak po angielsku brzmi: "Szybciej bo nie zdążymy z programem" - magiczny w Polsce program edukacji chyba nie jest tutaj zaimplementowany.

Ocenianie też wygląda ciekawie. Z testu można zdobyć ponad 100% - co bardzo ułatwia uzyskanie najwyższych not - Tomek np. z biologii mimo drobnych potknięć na teście dostał 32 punkty na 27 możliwych. Ocenianie jest sprawą prywatną każdego ucznia. Aby zobaczyć ocenę należy wejść w swoje konto na dziennik elektroniczny. Nauczyciel nie ogłasza ocen na forum klasy, nie rozdaje sprawdzianów - nawet nie robi się poprawy sprawdzianu, gdyż może to wskazywać kto jakie błędy popełnił.

Anię i Tomka cały czas zaskakują relacje panujące między uczniem i nauczycielem. Są one bardzo otwarte, niesłychanie przyjazne i niebywale spontaniczne. Przykładowo uczeń wchodzący do klasy witał nauczycielkę: "I love you Mrs Lewis" a ona odpowiadała mu "I love you too". Nie było to potraktowane jako głupi wybryk, ale objaw sympatii.

Obecnie oglądamy rozdanie Oskarów i pozdrawiamy wszystkich, którzy w tym celu zarywają nockę.

 

PS. Właśnie ogłosili Oskara dla Idy

© Gruszki w Hrabstwie Pomarańczy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci