Menu

Gruszki w Hrabstwie Pomarańczy

Nasze relacje i spostrzeżenia po przeprowadzce do Kalifornii

Hollywood z innej perspektywy

mcpear

W Ameryce dzisiaj tzw. „długi weekend” – świętowaliśmy Memorial Day. Tradycja długich weekendów i świętowania podczas nich bardzo nam przypadła do gustu. Postanowiliśmy go spędzić aktywnie. Z samego rana udaliśmy się na wzgórza Hollywood aby wspiąć się na szczyt góry Mount Lee. Góra ta prawdopodobnie jest jednym z najbardziej charakterystycznych szczytów może nie tylko Kalifornii ale wręcz całej Ameryki. Tuż pod jej wierzchołkiem znajduje się znany napis „HOLLYWOOD”. Dotarcie tam wymaga trochę ekwilibrystyki przede wszystkim ze znalezieniem dobrego miejsca parkingowego. Nie jest to łatwe i generalnie wszędzie bliżej do szlaku mieszkańcy bardzo intensywnie rozprawiają się z nielegalnie parkującymi i patrole służb porządkowych są tutaj bardzo częste. Zaparkowaliśmy niedaleko pobliskiego jeziora (tak, tak w Hollywood mają wszystko nawet podczas suszy mają tutaj jezioro) i ścieżką wijącą się wpierw poprzez ulice lokalnego osiedla a później drogą asfaltową na której jest zezwolony tylko i wyłącznie ruch pieszych wspięliśmy się na wierzchołek. Cały spacer w jedną stronę zajmuje około 90 minut (wliczając to postoje na zrobienie zdjęć). Wszyscy dzielnie maszerowali. Zosia namówiła koleżankę z osiedla na wspólny wyjazd, tak więc marudziła tylko troszeczkę. Widok z góry był bardzo ładny. Niestety kontury wieżowców w Los Angeles spowijał smog co spowodowało też niemożliwość dojrzenia oceanu. Pewnie jeszcze tu wrócimy. Polecamy wszystkim którzy szukają jak aktywnie spędzić pół dnia w Los Angeles ten spacer. Całość zabrała nam 5.5 godziny z wyjazdem z domu i dojazdem z powrotem, a autostradą w jedną stronę mamy około 80 minut.

Rodzinne selfie

Dziewczyny pod napisem

Widok na LA przez pryzmat napisu

Odpoczynek na szlaku

Dzielne podróżniczki

Rodzina w komplecie

Ania na jednej z uliczek okalających wzgórza

A to miejsce gdzie zaczynaliśmy i kończyliśmy - prawda, że trochę się wspięliśmy



Misja w San Juan Capistrano

mcpear

Bardzo blisko od San Clemente znajduje się jeden z najstarszych w Ameryce budynków wzniesionych przez Europejczyków a mianowicie budynki misji katolickiej w San Juan Capistrano. Budynki wzniesiono tutaj w 1776 roku czyli kiedy te tereny próbowali kolonizować Hiszpanie. Dzisiaj w związku że pogoda majowa ostatnio nie dopisuje a odwiedzała nas nasza znajoma z Poznania zwiedzaliśmy tę misję. Historia hiszpańskiej kolonizacji Kalifornii jest bardzo ciekawa. Hiszpanie w przeciwieństwie do Brytyjczyków mieli inny pomysł na zagospodarowywanie kolonizowanych terenów. Brytyjczycy generalnie wysyłali statki z kolonizatorami, którzy osiedlali się w Nowym Świecie a miejscową ludność mówiąc krótko i bez ogródek mordowali. Hiszpanie wysyłali armię i księży katolickich aby na kolonizowanych terenach spróbować nawrócić na chrześcijaństwo tubylców, zaprowadzić tam europejskie obyczaje, nauczyć europejskiego stylu pracy i życia i przez to uczynić ich dobrymi obywatelami płacącymi podatki królowi. Oczywiście obraz ten nie do końca zawsze był tak idylliczny i różowy. Z jakiegoś powodu Hiszpanie wysyłali na Nowy Kontynent armię jednak. Często posłuszeństwo wymuszane było w sposób krwawy, aczkolwiek można dostrzec, że dzisiejsi mieszkańcy krajów będących dawnymi koloniami Hiszpańskimi (Meksyk, Peru, Boliwia, Ekwador itp.) w Ameryce są potomkami Indian zamieszkujących tamte tereny w epoce prekolumbijskiej podczas gdy główny rdzeń mieszkańców USA stanowią jednak zamorscy imigranci. Hiszpanie kolonizując Kalifornię w XVIII wieku założyli wzdłuż wybrzeża 21 misji katolickich wokół których organizowano życie Indianom, którzy zdecydowali się na przyłączenie do misji. Decydując się na przyłączenie do misji tubylec musiał przyjąć chrzest, rozpocząć pracę w misji, zamieszkać w niej na modłę europejską, nauczyć się i przyjąć europejskie wzorce postępowania. Misja w San Juan w okresie szczytowym obejmowała wspólnotę ponad 1000 mieszkańców. Czas rozkwitu i świetności misji to głównie lata do roku 1821, czyli do momentu, kiedy Meksyk ogłosił niepodległość. Później następuje częściowa sekularyzacja misji kalifornijskich i upadek znaczenia. Po 25 latach od przejścia we władanie meksykańskie w Kalifornii wybucha powstanie, które doprowadza do stworzenia niepodległego państwa pod nazwą „Republika Kalifornii”. Państwo to jednak istnieje szalenie krótko. W tym samym czasie wybucha wojna amerykańsko-meksykańska i na tereny Republiki Kalifornia wkracza armia USA. Po zakończonej wojnie Kalifornia zostaje włączona do USA i w roku 1850 zostaje ogłoszona stanem. Tereny misji San Juan Capistrano nadal jednak pozostają w prywatnym władaniu. Decyzją prezydenta Abrahama Lincolna zostają one wkrótce zwrócone kościołowi i następuje proces powolnej odbudowy i przywrócenia blasku. Dzisiaj misja to głównie tereny muzealne, gdzie można podziwiać i uczyć się ciekawej historii Kalifornii.

Dzisiejsza wizyta w misji przeniosła nas jakby w scenerię filmu „Zorro”, charakterystyczna architektura, ogrody z podcieniami, specyficzne dzwonnice. Można się było rozglądać czy gdzieś zza węgła nie wyjdzie sierżant Garcia. :)

Fotoreportaż z misji San Juan



Dzieciaki biegną maraton w Orange County

mcpear

Amerykanie w południowej Kalifornii starają się być bardzo „fit”. Wielu regularnie biega, korzysta ze siłowni a dla jeżdżących na rowerach buduje się kolejne kilometry ścieżek rowerowych. Od najmłodszych lat moda na aktywność fizyczną jest szczepiona w szkołach. Raz do roku odbywa się tu masowa impreza dla dzieci o nazwie „Kids run the OC”. Głównym pomysłem przyświecającym jej jest próba namówienia dzieci do regularnego biegania. Dzieci w swoich szkołach mają organizowane co tydzień specjalne zajęcia podczas których doskonalą kondycję poprzez wspólne bieganie. Od lutego każde z dzieci w swojej szkole powinien przebiec dystans „prawie maratonu”. Idealnie byłoby jakby każde z dzieci przebiegło łącznie maraton bez jednej mili. Na tę ostatnią milę maratonu dzieci spotykają się w Costa Mesa na terenach targowych, gdzie w atmosferze wiosennego festynu w różnych grupach wiekowych tę jedną (ostatnią) milę maratonu przebiegają jak prawdziwi zawodnicy. Dostają „chipy” startowe, plastrony z numerem, fotograf robi im profesjonalne zdjęcia, są telebimy transmitujące bieg, specjalne auto „dyktujące” tempo biegu, spiker komentuje przez głośniki, przed startem odśpiewany jest hymn – generalnie pełna „profeska”. Zwycięzcą jest każdy kto dobiegnie. Nie do końca ważny jest czas a najważniejsze uczestnictwo. Każdy dostaje pamiątkowy medal i koszulkę. Dzisiaj spędziliśmy z Zosią przedpołudnie w Costa Mesa, gdzie w ramach grupy 8-mio latków Zosia uczestniczyła w tym radosnym biegu. W całym wydarzeniu wzięło udział 10000 dzieci. Prawie każda szkoła podstawowa Orange County była reprezentowana. W każdej szkole jeden z opiekunów musiał przebiec tę trasę wraz z dziećmi. W naszej szkole tym opiekunem był sam dyrektor szkoły, który przebiegł tę trasę dzisiaj chyba z 6 razy (razem z każdą z grup wiekowych). Zosia wzięła udział po raz drugi w tej imprezie (pierwszy raz 2 lata temu) i już się pyta czy będzie mogła biec tutaj za rok. Z kronikarskiego obowiązku informujemy, że przebiegła milę w czasie 10:11. Brawo Zosia!

Chwila dla fotoreporterów - jeszcze przed biegiem

Auto dyktujące tempo na starcie

Uformowane czoło biegu na starcie

Trzy koleżanki biegaczki

Już po przekroczeniu linii mety

Zmęczona ale radosna

Medal wręczany był każdemu

Brawo Zosia!

 



University of California w San Diego

mcpear

W końcu możemy oficjalnie ogłosić, że Ania dostała się na wymarzone studia do University of California w San Diego na kierunek psychologia kliniczna. Jesteśmy z niej dumni i gratulujemy jej sukcesu. Uniwersytet ten należy do piętnastki najlepszych uniwersytetów na świecie.

W ubiegłą sobotę uniwersytet organizował drzwi otwarte dla wszystkich przyjętych studentów. Mogliśmy więc bliżej zapoznać się z systemem nauczania oraz całą infrastrukturą uniwersytetu. UCSD składa się z 6 kampusów, które tworzą studenckie miasto z dostępem do plaży. Teren jest olbrzymi, więc rower będzie niezbędny. Na całym uniwersytecie uczy się ponad 30 tysięcy studentów, większość z nich mieszka w dostępnych akademikach.

Przesyłamy zdjęcia, żeby trochę pomóc wyobraźni.

Szczęśliwa studentka

Główny dziedziniec na kampusie

Sala wykładowa

Akademik Ani

Biblioteka

Stołówka (jedna z wielu)

Prezydencka biblioteka Richarda Nixona

mcpear

Ubiegły weekend w USA minął pod hasłem świętowania prezydentów. Ameryka świętuje swoje święta przeważnie w poniedziałki tak aby ludzie mieli nieco dłuższy weekend. Wczoraj świętowano urodziny Georga Washingtona – pierwszego prezydenta USA. Dojrzałość amerykańskiego społeczeństwa i amerykańskiej demokracji powoduje, że mimo zapiekłych różnic pomiędzy demokratami i republikanami uwypuklającymi się co 4 lata przy wyborze prezydenta to przy ocenie spuścizny prezydentów potrafią się oni wznieść ponad te „plemienne podziały” i w dość ciepły sposób wspominać każdego z prezydentów. Mamy się czego uczyć.

W Orange County znajduje się miejsce narodzin oraz muzeum poświęcone Richardowi Nixonowi. Prezydentowi, który większości z nas kojarzył się w sumie z odejściem w niesławie z urzędu w wyniku afery Watergate. W Święto Prezydentów postanowiliśmy odwiedzić to muzeum nazwane (pewnie ku zmyleniu) biblioteką prezydencką. Wczoraj (ze względu na świąteczny dzień) w muzeum zorganizowano szereg dodatkowych atrakcji. Po pierwsze obniżono cenę wejściówki do muzem. Po drugie przy wejściu serwowano przepyszne ciastko z nadzieniem wiśniowym. Po trzecie po muzeum spacerowali przebrani za uwiecznionych na Mt Rushmore prezydentów aktorzy, z którymi można było porobić sobie pamiątkowe zdjęcia. Poza tym specjalnie zaproszona orkiestra wojskowa 2 razy w ciągu dnia dała specjalny koncert w replice pokoju „East Room” (służącego w Białym Domu za miejsca przyjęć, bankietów i koncertów). Ogólnie było bardzo podniośle ale przy tym bardzo radośnie. Kulminacją dnia była specjalna „konferencja prasowa”, na którą przybyli George Washignton, Thomas Jefferson, Abraham Lincoln i Theodore Roosvelt. W sali konferencyjnej każdy z nich wygłosił specjalne krótkie wystąpienie – które sprowadzało się do hasła: szanujmy, cieszmy się i uczestniczmy w demokracji bo to wartość sama w sobie. Podczas tej konferencji zebrani widzowie mogli zadawać prezydentom praktycznie dowolne pytania. Była to szansa dla najmłodszych i nieco starszych dowiedzieć się o ciekawostkach z życia prezydentów. Musimy przyznać, że aktorzy znali życiorysy prezydentów fantastycznie I tak dowiedzieliśmy się, że Washington nie chodził do żadnej szkoły – był uczony w domu, że nie nosił peruki (mimo że to tak wygląda), że Lincoln pochodził z rolniczej rodziny i nigdy nie posiadali niewolników, że Roosvelt wstąpił do armii dopiero w wieku 38 lat. Taka lekcja historii na wesoło.

Samo muzeum prezentuje bardzo dobrze spuściznę Richarda Nixona. Oczywiście afera Watergate nie jest w niej pominięta, ale muzeum stara się uwypuklić inne osiągnięcia Nixona: za jego kadencji zakończono wojnę w Wietnami, za jego kadencji Amerykanie lądowali na księżycu, on odtworzył stosunku dyplomatyczne z komunistycznymi Chinami, on podpisał pierwszy traktat rozbrojeniowy z ZSRR (hamując wyścig zbrojeń z lat 60-tych i 70-tych). Okazuje się też że bardzo ważnym miejscem w życiu Nixona było … San Clemente. W czasie prezydentury posiadał on tu swoją letnią posiadłość (zwaną ówcześnie Zachodnim Białym Domem) skąd prowadził aktywnie polityczną działalność i gdzie gościł wielu zagranicznych gości.

Dzień bardzo nam się udał. A wszystkim odwiedzającym Orange County bardzo to muzeum polecamy.

Przed wejściem do muzeum. Kolejka przy otwarciu była spora. Czego to nie robi zapowiedź darmowego ciastka?

Z Georgem Washingtonem

Przy wejściu

Rodzinka z Abrahamem Lincolnem

Teodor Rossvelt przybył na koniu

W gabinecie owalnym

Zosia i Hannah testowały trap do Air Force One

Na murze chińskim

Konferencja z prezydentami



© Gruszki w Hrabstwie Pomarańczy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci