Menu

Gruszki w Hrabstwie Pomarańczy

Nasze relacje i spostrzeżenia po przeprowadzce do Kalifornii

Moab i okolice

mcpear

Odwiedziliśmy w naszych wojażach po parkach narodowych Moab w stanie Utah. To bardzo urokliwe miasteczko położone przy szeregu atrakcji. Odwiedziliśmy je po raz czwarty i musimy przyznać, że od naszej pierwszej wizyty (2007) bardzo się zmieniło – dużo tu się inwestuje, widać coraz bogatszą ofertę turystyczną: sklepy, lodziarnie i restauracje kwitną wręcz. Pojawiają się coraz więksi gracze z branży turystycznej: Hilton ma tu dwa swoje motele, Marriott też dwa a Hyatt właśnie lada tydzień będzie otwierał nowy motelik. Wspominamy Moab zawsze bardzo pozytywnie i pewnie dlatego tak chętnie tu wracamy. W tym roku odwiedziliśmy w Moabie park Krainy Kanionów. Jednak lejący się żar z nieba (40 stopni Celsjusza w cieniu) nie sprzyjał jakimś bardzo długim pieszym wycieczkom. Odwiedziliśmy tam tak na serio tylko podstawowe punkty widokowe a 30-to minutowy spacer do łuku Mesa był szczytem naszej aktywności fizycznej. Byliśmy tam niestety w okolicach południa co też nie było zbyt trafnym posunięciem ale woleliśmy bardziej pogodowe sprzyjające godziny (po 5tej po południu) wykorzystać na Park Łuków Skalnych, a konkretnie na wycieczkę pod Łuk Delikatny (chyba najbardziej znany ze zdjęć, będący symbolem stanu Utah). Wszystkim, którzy planują wejść pod tę atrakcję sugerujemy wybrać się tam pod wieczór, tak aby po godzinnej wędrówce pod górę zameldować się na łuku około szóstej lub wpół do siódmej wieczorem. Wówczas to słońce bardzo korzystnie oświetla ten łuk, a na podejściu jest „nieco” chłodniej co pozwala łatwiej przeżyć przejście przez rozgrzaną jak patelnię gołą skałę, która stanowi trzon podejścia pod ten łuk. Weszliśmy tam w dość dobrej kondycji i jesteśmy prawdę mówiąc z tego dumni.  Resztę „atrakcji” tego parku zostawiliśmy na dzień następny. Tam oprócz Łuku Delikatnego turyści głównie odwiedzają Skałę Wyważoną (Balanced Rock), formację górskie z Łukami Windows, Diabelski Ogród (przeważnie spacer do olbrzymiego łuku „Landscape”) i spacer przez „Park Avenue”. Oczywiście wszystkie te atrakcje padły naszym łupem. Bardzo nam się tu podoba. Park Łuków Skalnych należy z pewnością do kanonu odwiedzanych Parków Narodowych. Spotkaliśmy tu zaskakująco wielu Polaków (chyba z 7 lub 8 rodzin), fajnie więc, że wielu decyduje się skierować się daleko na wschód podczas zwiedzania Parków Narodowych aby odwiedzić wschodnie rubieże Utah. Wszystkim, którzy planują w tym lub przyszłym roku wycieczkę pod hasłem „Parki Narodowe w Zachodniej Ameryce” oczywiście gorąco go polecamy.

W parku znajduje się bardzo mały kamping (pewnie tylko około 40 miejsc) – nam udało się zarezerwować tam „miejscówkę”. Jest to jeden z najładniej położonych kampingów jakie odwiedziliśmy. Co prawda nie ma na nim ani prysznicy, ani ciepłej wody (co jest niestety często regułą na kampingach w parkach narodowych – w Yellowstone były trzy punkty „prysznicowe” na cały park, w Yosemite tylko dwa) ale piękna lokalizacja tuż koło Diabelskiego Ogrodu na „zapleczu” Łuku „Skyline” rekompensowała te niedogodności. W tym roku ze względu na falę gorąca i susze zasadniczo w większości parków jest zakaz ognisk i grilli – tak więc jeśli planujecie jeszcze w tym roku objechać parki i zatrzymywać się na kampingach to musicie nabyć kuchenkę gazową na takie specjalne „kartusze” w formie jakby dezodorantu – jest to do nabycie praktycznie w każdym supermarkecie w sekcji turystycznej. W niektórych parkach można to nabyć w Visitor Center, jednak marża nakładana przez park odstrasza od robienia tam zakupów.

To koniec naszych wojaży w tym roku. Teraz przygotowujemy się do rozpoczęcia roku szkolnego i akademickiego i cieszymy się na to, że będziemy gościć w naszym domu aż trzy rodziny naszych przyjaciół z Polski.

Kraina Kanionów

Łuki Skalne - Balanced Rock

Droga na Łuk Delikatny

:)

Park Avenue

Pod łukiem

Na ceglastych wydmach

Nasza kampingowa "miejscówka"



Wyspa Antylopy, Salt Lake City i mormoni

mcpear

Przeskakując między parkami narodowymi zatrzymaliśmy się w Salt Lake City. Zastała nas tu niesamowita niespodzianka. Okazuje się, że 24 lipca to stanowe święto w Utah – Dzień Pioniera. Upamiętnia ono pierwszych mormonów, którzy uciekając przed prześladowaniami dotarli do doliny przy słonym jeziorze i założyli tutaj osadę będącą podwalinami dzisiejszego Salt Lake City. Świętuje się ten dzień głównie fajerwerkami – większymi nawet niż 4 lipca. Mieszkaliśmy w Jordan (to przedmieścia Salt Lake City) i z okien mieliśmy widok na całe miasto. Kanonada fajerwerków zaczęła się około dziewiątej i trwała blisko 2 godziny. Fuks niesamowity.

Dzisiaj z rana przed wyjazdem z miasta udaliśmy się do parku stanowego położonego na wyspie Antylopy. Nigdy tam nie byliśmy wcześniej i odkryliśmy to miejsce przypadkowo w internecie w opisie typowych atrakcji w stolicy stanu Utah. Wyspa znajduje się na Wielkim Słonym Jeziorze (olbrzymim bo o powierzchni 4400 km kwadratowych – 13 razy większe niż to olbrzymie jezioro w Yellowstone co opisywaliśmy ostatnio) i połączone jest z lądem wąską groblą, którą można dojechać na wyspę samochodem. Samo jezioro na pierwszy rzut oka wydaje się nieciekawe. Zapachy, które dobywają się od niego niestety są odrażające. Ilość much na brzegu również nie zachęca do jakiegokolwiek zbliżania się do brzegu. Jezioro jest praktycznie bezpływowe – woda tego jeziora nie generuje żadnych fal – być może przez jego zasolenie. Powoduje to, że wygląda ono jak olbrzymie lustro. Widoki przez to są fascynujące. Cała panorama Salt Lake City wraz z otaczającymi górami odbija się w nim jak w zwierciadle. Na wyspie zachowało się chronione stado bizonów amerykańskich, które to leniwie wypasa się. Ciekawe skąd mają pitną wodę? Największą chyba jednak atrakcją jest … plaża. Postawiono prysznice ze słodką wodą, tak więc amatorzy kąpieli w słonej wodzie mogą tego zakosztować (o ile przejdą przez zamuszoną plażę – co ciekawe nad samą wodą muchy nie latały). Zasolenie jest tak duże, że wyporność jest olbrzymia. Można leżeć na wodzie i nie ma szans się zanurzyć. Super atrakcja.

Skoro piszemy o historii powstania stanu Utah nie można nie wspomnieć o mormonach. Mormoni są tutaj bardzo liczni (kiedyś stanowili 100% populacji Salt Lake City) i przez co cały stan jest czysty, zadbany i bardzo bezpieczny. Mamy w San Clemente jednych znajomych mieszkających na tej samej ulicy co my, będących mormonami. Co ciekawe kiedy tylko o nich opowiadamy w Polsce to pierwsze pytanie, które pada to „Czy to prawda, że mormoni mają wiele żon?”. Niniejszym dementujemy publicznie – nie to nie prawda. Kiedyś w XIX wieku mormoni mogli posiadać wiele żon, ale to już dawno zostało zabronione zarówno w prawie jak w ich kodeksach religijnych. Mormoni siebie uznają za chrześcijan (aczkolwiek chyba zarówno kościoły protestanckie i Kościół Katolicki są bliżsi uznania ich za sektę), uznają Biblię, wyznają dekalog (aczkolwiek dokładnie ten, który jest zapisany w Biblii, a nie ten, który uznawany jest przez Kościół Katolicki – różnica polega, że katolicy „wykreślili” jakby drugie przykazanie: „Nie będziesz tworzył żadnego obrazu Boga” i w zamian za to rozbili ostatnie przykazanie na dwa odrębne), szukają zbawienia / życia wiecznego. Mormoni bardzo silnie podkreślają konieczność założenia rodziny – chyba wszyscy mormoni zakładają rodziny – nie ma wśród nich osób bezżennych. Mormoni bardzo silnie praktykują życie wspólnotowe: wspierają się nawzajem w ramach takiej ich „parafii”, znają się bardzo dobrze, bardzo często się spotykają, pomagają sobie nawzajem. Wspólnota mormońska jest zawsze bardzo silnie widoczna w społeczności amerykańskich miasteczek. Mormoni (podobnie jak świadkowie Jehowy) ewangelizują po domach, ale tylko poprzez młodych ludzi. Zawsze są bardzo przy tym elegancko ubrani (chłopacy zawsze w czarnych spodniach i białych koszulach, dziewczyny w białych bluzkach i ciemnych spódnicach) i zawsze noszą bardzo widoczny identyfikator, że są członkami Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich (bo tak oficjalnie nazywa się ich Kościół). Kościół mormoński jest bardzo bogaty, gdyż oni literalnie stosują zapisaną w Piśmie Świętym „dziesięcinę” – każdy oddaje corocznie na potrzeby kościoła 10% swoich wszystkich dochodów brutto – ta pewnie reguła musi szokować wielu. Nie znamy wielu, którzy skrupulatnie oddają 10% swoich dochodów na Kościół – w przypadku mormonów jest to jedna z reguł. Mormoni nie stosują żadnych używek, nie piją kawy, herbaty ani alkoholu - przez co nabycie alkoholu w stanie Utah nie jest trywialne. Wiele ich reguł chyba nie jest aż tak publicznie znanych, nabożeństwa nie są dostępna dla publiczności, przez to otacza ich taka aura „tajemniczości”. My mieliśmy w Ameryce jedynie bardzo dobre kontakty z mormonami i nie możemy na nich powiedzieć złego słowa.

W Salt Lake City przed Wielką Świątynią mormonów - oczywiście jako "niewierni" nie mogliśmy wejść do środka

Przy Wielkim Słonym Zwierciadle :)

Dzieci z panoramą Słonego Jeziora

:)

Bizony wygrzewające się w słońcu

Przy plaży

Kąpiel

 

 

Yellowstone

mcpear

To jest jednak park parków. Olbrzymi, niesamowity, zróżnicowany, dziki i niebywale zatłoczony. Właśnie dzisiaj wyjechaliśmy z czterodniowego pobytu w parku Yellowstone. Jesteśmy tu drugi raz. Pierwszy raz byliśmy dwa dni i wiedzieliśmy, że byliśmy zdecydowanie za krótko. Cztery dni to też nie jest jakiś specjalnie przesadny zbytek. W każdym razie nie zrobiliśmy żadnego z licznych tutaj szlaków pieszych bardziej odległych od parkingów, a jedynie tylko krótkie spacery przyparkingowe. Po pierwsze dlatego, że brakowało nam czasu, a po drugie wszechobecne plakaty przypominające, że niedźwiedź grizzly jest tutaj panem parku zniechęcały do spacerów. Można co prawda kupić miotacze gazu pieprzowego, aczkolwiek nie chcieliśmy ich w praktyce stosować. Park ten „starszemu” pokoleniu jest znany przede wszystkim z filmów o misiu Yogi. A zapewne inne atrakcje nie są tak powszechnie znane. A jest tu co podziwiać. Zaczynając od gejzerów ze „Starym Wiarusem”, który jak na zawołanie co około 80 minut wybucha ku radości zgromadzonej publiczności; przez bajecznie kolorowe jezioro „pryzmatyczne”; przez Wielki „Żółty” Kanion rzeki Yellowstone z pięknymi olbrzymimi wodospadami – chyba to właśnie od koloru skał tego kanionu wzięła się nazwa parku; przez gorące źródła w Mammoth, które wyglądają jak pomniejszone kapadocyjskie słynne Pamukale; przez olbrzymią dolinę Hayden, gdzie zawsze  można spotkać pasące się bizony, aż po olbrzymie jezioro Yellowstone (położone na ponad 2350 m – czyli wyżej niż Świnica o powierzchni 350 km kwadratowych – czyli o 40% większej powierzchni niż cały Poznań). Park obfituje w dziką zwierzynę. Niedźwiedzi (ani grizzly ani czarnego) nie udało się nam wypatrzeć, ale bizony i olbrzymie jelenie kanadyjskie zwane wapiti spotykaliśmy codziennie. Co więcej jelenie te jednego dnia przyszły na nasze pole namiotowe i tuż koło naszego namiotu zdecydowały się na popas o poranku. Jakie było nasze zdziwienie jak otwierając zamek od namiotu dostrzegliśmy trzy piękne jelenie z dorodnym porożem. Yellowstone to również wiele pięknych rzek, rzeczek, strumyków. Na obrzeżach parku w wielu miejscach można było również spróbować sił na raftingu. My skusiliśmy się na dwie takie atrakcje: rafting po rzece Shoshone w Cody (Wyoming) i rafting po rzece Yellowstone w Gardiner (Montana). Pierwszy to z pewnością łagodna rodzinna zabawa, ale drugi z nich szczególnie w początkowym odcinku miał szereg kaskad i progów przepłynięcie których zapierało dech w piersiach.

Czy warto przyjechać do Yellowstone? To pytanie retoryczne. Warto i to na dłużej niż 2-3 dni. Byliśmy tu 4 dni tym razem a pewnie jeszcze mogliśmy być jeden lub dwa dni dłużej i nadal byłoby co „robić”. Jest to dla odwiedzających Kalifornię z pewnością daleko – pewnie ze 2-3 dni jazdy autem z Los Angeles od rana do wieczora. Yellowstone to też internetowa i telefoniczna pustynia. Internetu praktycznie nie ma na całym parku a i słabiuteńki zasięg sieci komórkowej ograniczał się jedynie do 2-3 miejsc w parku – idealne dla wszystkich, którzy chcą się „oderwać od codzienności”. Polecamy gorąco.

Widok na jezioro Yellowstone

Jedna z dymiących dziur w ziemi

Wielki "Żółty" Kanion Yellowstone

Przy progu jednego z wodospadów

Kanion raz jeszcze

Dolina Hayden

Nasz "miejscówka" - nad samym jeziorem. przez to w nocy było bardzo zimno

Jelenie przy namiotach

Krajobraz iście bajkowy

Pomniejszone "Pamukale"

Bizony pasły się często przy samej drodze

Przy Starym Wiarusie

Jedno z gorących źródeł

Gorące dziewczyny przy gorącym źródle

Inne gorące źródło (woda sięga 90 stopni)

Jeden z gejzerów

Rodzinka :)

Przy kolejnym z źródeł

Jezioro pryzmatyczne

:)

Stado bizonów w dolinie Hayden

Bizony przechodzące przez drogę

Bizon w pełni

Spływ po Shoshone

Spływ po Yellowstone

Góry Czarne

mcpear

To nasz drugi rok z rzędu gdy przyjeżdżamy odwiedzić Góry Czarne. To jedno z najładniejszych miejsc Ameryki. Niestety od nas to bardzo daleko. Aby tu przyjechać spędziliśmy dwa i pół dnia w podróży. Przejechaliśmy pustynie Kalifornii i Newady, zieloną część Utah, bezkresne równiny Wyoming aby dojechać w malownicze Góry Czarne w Południowej Dakocie.  Jest tu przepięknie. Spędziliśmy cudowne 3 dni w parku stanowym Custer. Mogliśmy tu podziwiać dziko żyjące zwierzęta różnej maści z bizonami na czele. W malowniczych górskich jeziorach dzieci oddawały się urokom kąpieli. Odwiedziliśmy też centrum kultury indiańskiej przy monumentalnym pomniku wodza Szalonego Konia wykuwanym w skale (miejsce ma to swój nieco polski akcent – a mianowicie szaleńcem, który porwał się na to dzieło 70 lat temu był potomek polskich imigrantów Korczak Ziółkowski). W końcu spędziliśmy urocze popołudnie przy górze Rushmore gdzie twarze 4 amerykańskich prezydentów spoglądają dostojnie na odwiedzających turystów. Południowa Dakota i Góry Czarne nie należą z pewnością do tych atrakcji, które typowy nasz rodak odwiedza w dwu czy trzytygodniowej objazdówce po Zachodnich Stanach Zjednoczonych. Polecamy serdecznie to miejsce wszystkim, którzy szukają inspiracji na ciekawe i nietypowe  amerykańskie miejsce, które zachwyca.

Zwiedzając Góry Czarne nie sposób nie wspomnieć krwawej historii tych świętych dla Dakotów ziem. Ziem, których oni nigdy się nie wyrzekli i w żadnej ugodzie z rządem Stanów Zjednoczonych nie oddali do niej praw. Praw, które okupili krwią jakże często kobiet, starców i dzieci mordowanych w bezbronnych wioskach przez kawalerię amerykańską. Jakże doświadczani oni byli przez kolonizujących białych, którzy w samym sercu świętych ziem Gór Czarnych ustanowili osadę, którą nazwali nazwiskiem znienawidzonego przez Indian generała Custera, który wsławiał się wieloma krwawymi potyczkami nie rzadko brutalnie mordując całe wioski indiańskie. Jakże trudne przez Indian w przełknięciu musiało być wyrzeźbienie w centrum świętej ziemi olbrzymich czterech twarzy amerykańskich prezydentów. W sumie czemu trzeba było rzeźbić prezydentów w Górach Czarnych tak daleko od jakichkolwiek ośrodków rządowych i jakże daleko od aglomeracji wschodniego czy zachodniego wybrzeża jest chyba pytaniem bez odpowiedzi. Tereny Wyoming czy Południowej Dakoty są bardzo słabo zamieszkałe – praktycznie nie ma tutaj przemysłu, dużych aglomeracji. Olbrzymie łąki i równiny są po widnokrąg niezamieszkałe. Czy rzeczywiście konieczne było wymordowanie Indian, aby na te równiny wpuścić krowy? Wojny z Indianami o Wielkie Równiny w tym o Góry Czarne w szczególności pozostaną myślę czarną kartą historii USA. Polacy są wychowani na powieściach Alfreda Szklarskiego i micie szlachetnego Indianina – obrońcy nieskrępowanego i wolnego życia w harmonii z przyrodą, prze to nam bardzo łatwo dostrzec tę jakże bolesną kartę historii. Myślę jednak, że współcześni Amerykanie tych aspektów i niuansów nie dostrzegają.

Rogaś z Gór Czarnych

Napotkany bizon

Tak wyglądają drogi w parku

Pieski preriowe to kolejne stwory napotykane

Bizony

Rozrywki "akwafluwialne"

Jestem zdobywcą Dzikiego Zachodu

Rodzinka przy Szalonym Koniu

Panorama Gór Czarnych

:)

Przy Mt Rushmore

Profil godny prezydenta

Czapla napotkana

:)

Dzikie osły

Bliskie spotkania trzeciego stopnia - Devils Tower

Jeszcze jeden piesek preriowy



Jesteśmy rezydentami!

mcpear

Za nami ważny dzień. Rząd amerykański przyznał nam prawo stałej rezydencji na terenie Stanów Zjednoczonych. Dokument potwierdzający ten fakt potocznie nazywa się „zieloną kartą” przyszedł do nas w piątek pocztą. Obecnie w wyniku walki z terroryzmem i ogólnej niechęci obecnej administracji rządowej proces uzyskania tego dokumentu bardzo się skomplikował i wydłużył. Wielu naszych rodaków w poprzednich latach (szczególnie przed 2001 rokiem) przylatywało do USA na wizie turystycznej i zostawało tutaj na stałe według zasady „jakoś to będzie”. Rzeczywiście poprzednio możliwości zalegalizowania pobytu prędzej czy później się pojawiały. Obecnie większość „furtek” jest praktycznie zamknięta i chyba jedynie ślub z obywatelem amerykańskim pozwala osobom przebywającym tutaj nielegalnie przeprowadzić proces uzyskania zielonej karty. Według obecnego prawa stałą rezydencję można uzyskać na jeden z czterech sposobów: poprzez sponsorowanie rodzinne (małżonek, rodzice, dzieci, rodzeństwo), poprzez sponsorowanie przez pracodawcę (pracodawca może w formie bonusu dla pracownika zasponsorować mu takową zieloną kartę), poprzez losowanie (co roku USA otwiera możliwość przybycia do Ameryki 50 tysiącom imigrantów uczestniczącym w loterii), poprzez inwestycję (inwestycja w biznes w wysokości 1 mln dolarów, zapewniający zatrudnienie co najmniej 10 lokalnych osób na 10 lat – czasami wystarczy pół miliona). Kategoria sponsorowania rodzinnego ma ponoć zostać w niedalekiej przyszłości znacząco ograniczona, a o loterii mówi się, że ma zostać skasowana od roku 2020. Nasza droga do rezydencji pojawiła się przez sponsorowanie pracownicze. Firma Taty wystąpiła z petycją o rezydencję dla Niego i szczęśliwie reszta rodziny się „załapała” (dzieci uzyskują takową kartę automatycznie do 21 roku życia, więc Tomek załapał się w ostatnim praktycznie momencie). Mimo, że wniosek o rezydencję Taty skategoryzowano w najwyższej priorytetowej kategorii, która pozwoliła opuścić jeden z długich biurokratycznych procesów to nadal trzeba było przejść przez rozpatrzenie dwóch petycji w urzędzie imigracyjnym. My rozpoczęliśmy składanie dokumentów w sierpniu 2016 roku. Tak więc sprawa o najwyższym priorytecie i możliwie najkrótszą drogą zajęła … prawie dwa lata. To niestety w związku z polityką obecnej administracji o nazwie „zero tolerancji”. Kiedyś (5-6 lat temu) takie priorytetowe sprawy ponoć trwały około 4-6 miesięcy. No cóż – lekcja pokory. Co więcej obecnie każdy (niezależnie od priorytetu) starający się o zieloną kartę musi przejść na końcu postępowania przesłuchanie. Myśmy też takowe musieli odbyć. Odbyło się ono dla nas w ostatni poniedziałek. Przesłuchanie jest niebywale dziwne. Odpowiada się na szereg pytań typu: czy popełniło się przestępstwo, czy pracowało się w prostytucji, czy porwało się kiedyś ludzi, czy przemycało się ludzi, czy planuje się zamach terrorystyczny na terenie USA itp. Generalnie 80-90 pytań na które z niewzruszoną miną trzeba odpowiedzieć „NIE”. Każda odpowiedź jest protokołowana i jest udzielona po złożeniu przysięgi. Aczkolwiek przesłuchanie skończyło się pozytywnie i Pani oficer oznajmiła nam że zaakceptowała nasze petycje i że jeśli nie będzie dodatkowych problemów przy jakiś dodatkowych sprawdzeniach bezpieczeństwa powinniśmy się spodziewać zielonej karty w ciągu 90 dni – przyszła po 4. Cieszymy się bardzo z tego dokumentu. Wszystkim, którzy przechodzą obecnie proces zdobycia zielonej karty życzymy cierpliwości. Wszystkim, którzy rozważają przyjazd tutaj na pobyt nielegalny polecamy zastanowić się dwa razy. Nielegalna imigracja jest obecnie bardzo tropiona. A imigranci są przy pierwszym „złapaniu” od razu umieszczani w areszcie, gdzie oczekują na rozprawę w wyniku której są deportowani do kraju. Przy dzisiejszych możliwościach legalnej pracy w Europie nie wiem czy warto skazywać się na życie na „nielegalu”, ale zdajemy sobie sprawę Ameryka zawsze magnetycznie ściągała i nie każdy ma możliwość legalnej emigracji.



© Gruszki w Hrabstwie Pomarańczy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci